9.7 C
Nowy Jork
wtorek, 6 października, 2026

Buy now

spot_img

5 mld butelek i puszek wróciło do systemu kaucyjnego. Polacy coraz częściej korzystają z punktów zbiórki

0

Ponad 65,5 tys. punktów zwrotu, w tym 23,5 tys. z automatami kaucyjnymi i 5 mld zwróconych butelek i puszek – to bilans pierwszego roku funkcjonowania systemu kaucyjnego w Polsce. Z badań przeprowadzonych przez Kaucję.pl wynika, że Polacy szybko się przyzwyczaili do zwracania opakowań objętych kaucją. 93 proc. przynajmniej raz skorzystało już z systemu.

– Pierwszy rok funkcjonowania systemu kaucyjnego oceniam dobrze, aczkolwiek oczywiście widzimy pole do poprawy – wskazuje w rozmowie z agencją Newseria Anita Sowińska, podsekretarz stanu w Ministerstwie Klimatu i Środowiska.

Jak informuje resort, najpopularniejszym rozwiązaniem są automaty kaucyjne, które odpowiadają za 90 proc. wszystkich zwrotów. Ustawowy obowiązek zbiórki dotyczy większych sklepów o powierzchni powyżej 200 mkw., ale do systemu dobrowolnie dołączyło także 31 tys. mniejszych placówek. Stanowią one obecnie 47 proc. wszystkich punktów zwrotu w kraju. Poza jednostkami handlowymi utworzono blisko 750 punktów zbiórki.

– Te liczby cały czas się poprawiają, co nas bardzo cieszy, natomiast poprawa jest niezbędna przede wszystkim w logistyce. Chcemy jeszcze większej sieci zbiórki opakowań, ale także usprawnienia procesów logistycznych. Wsłuchujemy się też w głosy obywateli i obywatelek co do systemowej poprawy systemu kaucyjnego – podkreśla Anita Sowińska.

Resort środowiska zapowiedział m.in. objęcie systemem małych, szklanych butelek po alkoholu, tzw. małpek, czy też wydłużenie okresu ważności bonów wydawanych przez automaty kaucyjne z 30 do 90 dni.

– Widzimy, że zbiórka trwa, a konsumenci po spożyciu napoju odnoszą opakowania do punktów zbiórki. To zjawisko jest bardzo powszechne. System kaucyjny jest na bardzo dobrej drodze, żeby spełnić postawione mu zadania i cele – uważa Piotr Okurowski, prezes Kaucji.pl – Krajowego Systemu Kaucyjnego. Operator ten odpowiada za 3 mld spośród 5 mld zebranych opakowań.

Z raportu „Od uczestnictwa do rutyny. Indeks Adaptacji Kaucja.pl 2026” wynika, że 93 proc. Polaków przyznaje, że przynajmniej raz oddało opakowanie objęte kaucją, a 83 proc. korzysta z systemu co najmniej raz w miesiącu. 87 proc. natomiast zwraca większość lub prawie wszystkie opakowania. Dla 25 proc. stało się to już naturalnym nawykiem, a 52 proc. robi to, gdy butelek i puszek uzbiera się więcej lub gdy jest im po drodze.

– Zalety obecnego systemu są widoczne, bo mamy czyste środowisko i przestrzenie publiczne. Nie widzimy porzuconych opakowań PET i puszek. Pokazuje to badanie wykonane nad Odrą, gdzie w porównywalnym okresie zostało zebranych o 90 proc. mniej opakowań PET i 80 proc. puszek. W rezultacie mamy też bardzo dużą ilość czystego, dobrej jakości surowca do recyklingu – zaznacza Piotr Okurowski.

Wdrożenie systemu kaucyjnego jest odpowiedzią na wymóg osiągnięcia przez Polskę unijnego celu selektywnej zbiórki butelek z tworzyw sztucznych na poziomie 90 proc. do 2029 roku. Dotychczasowy model oparty na selektywnej zbiórce odpadów komunalnych pozwalał odzyskiwać ok. 40 proc. tego typu opakowań.

– System poprawił bardzo wiele, przede wszystkim wyeliminował zanieczyszczenia, które mieliśmy dotychczas z żółtego worka, typu tacki, folię czy opakowania, które nie nadawały się do kontaktu z żywnością, a recykler produkujący regranulat do kontaktu z żywnością nie może ich używać. Jest mniej tych opakowań, a te, które trafiają do recyklingu, są dużo czystsze – mówi Beata Szynkiewicz-Razik, commercial director, Recycling Division w PRT Radomsko. – Kiedyś mówiliśmy o zanieczyszczeniach na poziomie 30–35 proc. Teraz obserwując wskaźniki w naszym zakładzie, widać dużo lepszy odzysk niż na początku. Gdy wyeliminowaliśmy opakowania, które były niechciane i nie wchodzą do systemu kaucyjnego, ta skuteczność, przynajmniej w procesie recyklingu, jest dużo wyższa. Przekłada się to również na koszty. Im mniej niepożądanego materiału, który należy odsortować, a później zapłacić za jego utylizację, tym recykling jest skuteczniejszy.

Kaucja.pl w zaleceniach dotyczących automatów zwrotnych (RVM) wskazuje, że precyzyjniejsze sortowanie poszczególnych materiałów pozwala efektywniej kierować je do odpowiednich procesów recyklingu i zwiększa wartość odzyskanych surowców. Część automatów kaucyjnych mechanicznie zgniata lub tnie opakowania w celu zmniejszenia ich objętości w trakcie transportu.

– Pozostaje nam do poprawy ilość puszki aluminiowej dostarczanej w opakowaniach. Nie pojawiała się ona wcześniej, była skutecznie odsortowywana, a teraz jest jej dużo więcej ze względu na to, że jest ona zbierana razem z butelką PET – podkreśla przedstawicielka PRT Radomsko, firmy specjalizującej się w recyklingu zużytych butelek PET i produkcji z nich regranulatu. – O ile cała puszka nie stanowi dla nas większego problemu, o tyle maszyny w sklepach bardzo często ją niszczą i zostają kawałki aluminium, które są bardzo trudne do wyeliminowania w procesie recyklingu czy sortowania. Musimy więc wyeliminować puszkę aluminiową, z drugiej strony popracować nad standaryzacją maszyn odbierających opakowania, żeby móc oddzielać już na samym wejściu puszkę od kawałków aluminium.

Na pewne trudności wskazują również konsumenci. Wśród problemów doświadczonych przynajmniej raz w ostatnich trzech miesiącach respondenci badania Kaucji.pl wskazywali oczekiwanie na możliwość zwrotu (85 proc.), pełny kaucjomat (78 proc.) czy też niesprawną maszynę lub przerwanie zwrotu (69 proc.).

– Jest wciąż kilka obszarów do poprawy. Są nimi unormowanie rozliczeń międzyoperatorskich, uporządkowanie i ujednolicenie systemu rozliczeń operatora z jednostkami handlu detalicznego, dalsza edukacja konsumenta w zakresie tego, jak należy oddawać. To także dostępność maszyn RVM, ich przepełnienie i wygoda dla konsumenta. To są najważniejsze obszary, które jeszcze w tym roku wymagają zaangażowania operatorów i uczestników systemu kaucyjnego – zaznacza prezes Kaucji.pl.

Polski system kaucyjny jest zdecentralizowany i tworzy go ośmiu operatorów. To odróżnia go od systemów działających w innych europejskich krajach. Operatorzy systemu kaucyjnego działają w Polsce na zasadzie not for profit. Środki zgromadzone w nim nie mogą być wypłacane właścicielom w formie zysku. Dotyczy to również nieodebranej kaucji. Środki w całości są przeznaczane na pokrycie kosztów obsługi i funkcjonowania systemu.

– Zazwyczaj w danym kraju istnieje tylko jeden administrator zarządzający systemem zwrotu opakowań. Najczęściej jest to organizacja non-profit utworzona przez branżę, czyli producentów i sprzedawców detalicznych – mówi Marián Áč, prezes European Deposit Return Systems Association (EDRSA). – W systemie kaucyjnym trzeba uwzględnić wiele zainteresowanych stron: państwo, producentów, sprzedawców detalicznych, konsumentów. Z tej perspektywy polski system jest nieco bardziej złożony, ponieważ próbuje się wprowadzić pewien element konkurencji między administratorami systemu kaucyjnego. Mam więc nadzieję, że uda się znaleźć najlepszą konfigurację i osiągnąć bardzo wysokie wskaźniki zbiórki w ramach tego rozwiązania.

Okazją do podsumowania pierwszego roku działania systemu kaucyjnego w Polsce była Konferencja Kaucja 360, która odbyła się 1 października br.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/5-mld-butelek-i-puszek,p1924592660

Unia Europejska zacieśnia współpracę z Kanadą. Może się ona stać pierwszym stowarzyszonym członkiem Wspólnoty

0

Przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen zapowiedziała otwarcie drogi do uzyskania przez Kanadę statusu pierwszego członka stowarzyszonego Unii Europejskiej. W ostatnich latach współpraca transatlantycka się zacieśnia, a obie strony podkreślają jej kluczowe znaczenie w obszarach strategicznych takich jak surowce krytyczne czy też przemysł obronny. Europosłowie z PiS i Konfederacji podkreślają, że zamiast mówić o stowarzyszeniu, KE powinna się skupić na konkretnych wspólnych projektach z Kanadą.

– Kanada nie jest krajem europejskim, ale wielokrotnie podkreślała, i to nie tylko premier Carney, ale także jego poprzednicy, że Unia Europejska to nie jest projekt geograficzny i nie jest związany z konturami kontynentu. To projekt oparty na wartościach, wspólnocie celów, a tym celem jest między innymi bezpieczeństwo i jego gwarancja, również solidaryzm, który cechuje tę wspólnotę – mówi agencji Newseria Andrzej Halicki, poseł do Parlamentu Europejskiego z Koalicji Obywatelskiej oraz EPL.

Premier Kanady Mark Carney był gościem podczas orędzia o stanie Unii, które szefowa Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen wygłosiła 16 września br. w Parlamencie Europejskim. Podkreśliła w nim, że jego obecność jest symbolem trwałej przyjaźni między narodami, a wspólne więzi kulturowe, historyczne i osobiste są głęboko zakorzenione w strukturze obu społeczeństw.

– Kanada jest chyba najbardziej europejskim krajem spoza Europy na świecie. Jeżeli bronimy praw każdego obywatela z osobna, czyli podstawę demokracji, którą Kanada rozumie tak jak my, to cel gospodarczy też jest związany z obszarami wolnymi, jeżeli chodzi o cła czy bariery. Elementem tego jest CETA – podkreśla Andrzej Halicki.

Kanada jest jednym z partnerów strategicznych UE. W 2016 roku podpisano Kompleksową umowę gospodarczo-handlową (CETA), która tymczasowo weszła w życie w 2017 roku. Choć nie jest jeszcze ratyfikowana przez wszystkie kraje członkowskie Unii, wymiana towarowa zwiększyła się dzięki umowie o 75 proc. – wskazała szefowa KE.

– Kanada mówi: chcemy więcej, chcemy być bliżej, chcemy być bardziej zintegrowani. To dobry prognostyk na przyszłość. To jest też dobra wskazówka dla innych, ponieważ Europa jest atrakcyjna, ale dla tych partnerów musimy stosować jasne reguły i zasady – uważa europoseł KO.

Przewodnicząca Komisji Europejskiej zapowiedziała otwarcie drogi dla Kanady jako pierwszego członka stowarzyszonego Unii Europejskiej.

– Chciałbym usłyszeć szczegóły, ponieważ nikt nie jest w stanie powiedzieć nam, posłom do Parlamentu Europejskiego, na czym w szczegółach to stowarzyszenie będzie wyglądać. Kanada to jest kraj z nami zaprzyjaźniony, z którym łączy nas spojrzenie na świat i bardzo silne więzi gospodarcze. Nie widzę niczego złego w zacieśnieniu stosunków z Kanadą, natomiast wydaje mi się, że to jest PR-owy gest po to, żeby rozdrażnić prezydenta Trumpa, za którym nie idą żadne konkretne rozwiązania – uważa Adam Bielan, poseł do Parlamentu Europejskiego z Prawa i Sprawiedliwości, przewodniczący EKR.

Ursula von der Leyen zapowiedziała stworzenie sojuszu Kanady z UE, którego celem ma być stworzenie wspólnego obszaru dobrobytu i bezpieczeństwa gospodarczego. Współpraca ma dotyczyć m.in. dziedziny sztucznej inteligencji, technologii kwantowych, cyberbezpieczeństwa i bezpieczeństwa gospodarczego, energetyki, baterii i minerałów krytycznych.

Te surowce krytyczne są niezbędne dla funkcjonowania i integralności szeregu kluczowych sektorów w Unii Europejskiej. To m.in. energetyka odnawialna, produkcja pojazdów, technologie cyfrowe i obronność.

– W kwestii dostępu do minerałów ziem rzadkich współpraca nie tylko z Kanadą, ale również z Australią i ze Stanami Zjednoczonymi jest niezbędna, żeby uniezależnić się od Chin, które niestety brutalnie wykorzystują fakt, że obecnie są praktycznie monopolistą. Nie tylko jeśli chodzi o wydobywanie, ale przede wszystkim przerób minerałów ziem rzadkich – zaznacza europoseł PiS.

Jak podkreśliła szefowa Komisji Europejskiej, w przypadku wielu surowców krytycznych Unia Europejska w ponad 80 proc. jest zależna od Chin, a w przypadku niektórych metali ziem rzadkich nawet w 90 proc. Podczas orędzia zapowiedziała również uczynienie z Arktyki kanadyjsko-unijnego, sztandarowego projektu.

– Biorąc pod uwagę coraz bardziej agresywne zachowania Rosji, ale również Chin, Kanada jako ważne państwo tego regionu świata jest naszym ważnym sojusznikiem – podkreśla Adam Bielan.

– Możemy podpisać z Kanadą różnego rodzaju porozumienia dotyczące surowców naturalnych czy innych rozwiązań, ale niech to będzie konkretna umowa – uważa Anna Bryłka, posłanka do Parlamentu Europejskiego z Konfederacji. – To, co jest zaprezentowane, to chyba pomysł, żeby opinię publiczną zajmować innymi sprawami, a kluczowe problemy, które dzisiaj niszczą europejską gospodarkę, budżety polskich i europejskich gospodarstw domowych, mają przyczyny, które można rozwiązać tu i teraz, tylko potrzeba do tego woli politycznej.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/unia-europejska-zaciesnia,p1867829156

Kompania Piwowarska uruchomiła zautomatyzowany magazyn w Poznaniu. Inwestycja kosztowała 230 mln zł

0

Kompania Piwowarska uruchomiła w Poznaniu zautomatyzowany magazyn wysokiego składowania. Inwestycja warta 230 mln zł zwiększyła pojemność magazynową browaru z ok. 23 tys. do 58 tys. palet, co ma umożliwić wzrost udziału bezpośrednich dostaw do magazynów klientów z 50 do 90 proc. Rozbudowa logistyki ma pomóc firmie szybciej reagować na zmiany na rynku, w tym rosnące znaczenie piw bezalkoholowych i smakowych oraz coraz większy udział nowoczesnych kanałów sprzedaży.

– Budujemy infrastrukturę logistyczną dopasowaną do realnych potrzeb browaru. To nasz największy zakład i najbardziej kompleksowy, bo to tutaj produkowane są piwa bezalkoholowe i smakowe. To tutaj potrzebne jest dostosowanie mocy i możliwości logistycznych do tego, żeby efektywnie zarządzać całym łańcuchem dostaw – podkreśla w rozmowie z agencją Newseria Biznes Dorota Peter, dyrektorka ds. łańcucha dostaw w Kompanii Piwowarskiej.

Jak podkreśla, wynika to ze zmian zachodzących w branży. Jak podaje Związek Pracodawców Przemysłu Piwowarskiego – Browary Polskie, polski rynek piwa kurczy się od kilku lat. W 2025 roku sprzedaż spadła o 5,5 proc. pod względem wolumenu i o 4,1 proc. wartościowo. Sprzedaż lagerów alkoholowych, które odpowiadają za największą część rynku, zmniejszyła się o 6,8 proc. Jednocześnie o ok. 3 proc. wzrosła sprzedaż piw bezalkoholowych, do ok. 2 mln hl. Wartość tego segmentu wyniosła 1,82 mld zł, co odpowiada za ok. 8 proc. wartości całego rynku piwa.

– Sam rynek również się zmienia, bo mamy intensywny wzrost klientów rynku nowoczesnego, a jednocześnie spadek rynku tradycyjnego. Zmiany zarówno w konsumpcji, w preferencjach konsumentów, jak i klientów wpływają bezpośrednio na to, jak powinniśmy się przygotowywać do tego, żeby efektywnie dostarczać piwa do naszych klientów – mówi Dorota Peter.

Jednym z efektów inwestycji ma być zwiększenie udziału dostaw realizowanych bezpośrednio z poznańskiego browaru do magazynów klientów. Wcześniej część produktów trafiała najpierw do magazynów dystrybucyjnych i buforowych. Docelowo bezpośrednio ma być realizowanych ok. 90 proc. dostaw, wobec ok. 50 proc. przed inwestycją.

– Magazyn jest zmianą rewolucyjną dla Kompanii Piwowarskiej, ponieważ jesteśmy w stanie magazynować w sposób automatyczny, przede wszystkim bez pracy ciężkimi wózkami widłowymi. Ten proces jest w 100 proc. zautomatyzowany – od odebrania palety z linii rozlewniczej do przygotowania jej do wysyłki całą pracę wykonują automaty. Pozwala to znacząco poprawić bezpieczeństwo i ograniczyć interakcję człowiek–wózek widłowy – wyjaśnia Bartosz Bukowiecki, starszy menedżer ds. strategicznego projektu logistycznego w Kompanii Piwowarskiej.

Nowy magazyn ma 40 m wysokości i ponad 41 tys. miejsc paletowych. Palety rozmieszcza i pobiera 12 automatycznych układnic, a cała instalacja obejmuje około tysiąca współpracujących ze sobą urządzeń. Magazyn jest połączony z pozostałą infrastrukturą browaru systemem Monorail, a jego maksymalna wydajność wynosi 552 palety na godzinę. Do obsługi transportów przygotowano 18 doków załadunkowych.

Obiekt został uruchomiony komercyjnie w czerwcu br., a w ostatnich tygodniach jego wypełnienie sięgało niemal 98 proc. Pełną docelową wydajność magazyn ma osiągnąć w marcu 2027 roku.

– Sama instalacja już dziś pozwoliła nam znacząco skrócić czas przygotowania załadunku. Wcześniej trwało to 60–70 minut, teraz zdecydowana większość załadunków jest przygotowana w czasie poniżej 40 minut, a sam proces załadunku przez operatora zajmuje między 12 a 17 minut – wskazuje Bartosz Bukowiecki.

Prace nad projektem rozpoczęły się w 2023 roku. Warta 230 mln zł inwestycja jest największym dotychczas projektem Kompanii Piwowarskiej w obszarze łańcucha dostaw.

– Jednym z naszych celów strategicznych była konsolidacja naszej sieci dystrybucyjnej, czyli łączenie magazynów, zmniejszanie ich liczby i jednocześnie zwiększanie efektywności i szybkości reagowania na potrzeby klientów. Inwestycja pozwoliła nam na zwiększenie pojemności magazynowej z ok. 23 tys. do 58 tys. palet. To bardzo duży wzrost, który pomaga nam zwiększać udział dostaw bezpośrednich do klienta. Jest to ważne z punktu widzenia efektywności, ale oznacza też szybsze dotarcie do klienta i lepszą odpowiedź na jego zapotrzebowanie – tłumaczy Anna Raczkowska, dyrektorka ds. strategicznego planowania dostaw w Kompanii Piwowarskiej.

Zwiększenie pojemności ma również znaczenie dla samej produkcji. Jak wskazuje spółka, wcześniej możliwości rozlewu piwa bywały ograniczane przez ilość dostępnego miejsca magazynowego. Inwestycja ma też uwzględniać zmiany po stronie odbiorców i rozwój ich własnego zaplecza logistycznego.

– Nie tylko my zmieniamy naszą operację. Konsolidują się nasi klienci, również budują nowoczesne magazyny i mają swoje wymagania. Ta inwestycja pozwala nam im sprostać. Jednym z tych wymagań jest załadunek z doków, który ułatwia klientom rozładowanie produktu i wpływa na ich efektywność. Poza tym jesteśmy w stanie szybciej do nich dotrzeć – mówi Anna Raczkowska.

Większa pojemność magazynu ma też ograniczyć transport między browarem a magazynami pośrednimi. Według szacunków Kompanii Piwowarskiej to szansa na zmniejszenie emisji CO2 o ponad 2,3 tys. t rocznie. Odpowiada to ok. 5 proc. emisji związanych z transportem produktów firmy. Ograniczanie emisji w logistyce jest częścią strategii „Lepsza Przyszłość 2030”, która zakłada m.in. osiągnięcie neutralności węglowej browarów do końca dekady.

Nowy magazyn jest kolejnym etapem inwestycji poznańskiego browaru związanych m.in. z rozwojem produkcji piw bezalkoholowych i smakowych. Wcześniej spółka inwestowała w linie produkcyjne, a dwa lata temu uruchomiła magazyn aromatów przeznaczony do przechowywania surowców wykorzystywanych przy produkcji tych kategorii.

– Dziś kończymy ten etap, zabezpieczając drogę od produkcji do klienta. Skupiamy się na efektywnym łańcuchu dostaw, w którym mamy wystarczające pojemności magazynowe oraz procesy pozwalające sprawniej zarządzać różnymi partiami produktów i skrócić czas dostaw do naszych klientów – podkreśla Dorota Peter.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/kompania-piwowarska,p1754988862

Polacy nie mają czasu na zdrowie. Aż 80 proc. odczuwa przewlekłe zmęczenie i stres

0

Polacy dość dobrze oceniają ogólny stan swojego zdrowia, ale ich odpowiedzi na pytania o szczegóły dotyczące dobrostanu psychicznego i zdrowych nawyków wskazują na szereg problemów – wynika z raportu PZU Zdrowie. 80 proc. badanych deklaruje, że przynajmniej od czasu do czasu odczuwa przewlekłe zmęczenie, w tym 28 proc. twierdzi, że to częste odczucie. Najgorzej swoją kondycję psychiczną oceniają młode pokolenia. Choć Polacy mają coraz większą świadomość zdrowotną, 15 proc. badanych na przestrzeni ostatniego roku nie wykonało żadnego badania profilaktycznego.

– Zdrowie jest jednym z najważniejszych elementów życia Polaków, dlatego wszyscy chcemy wiedzieć, jak ono wygląda. W PZU Zdrowie przygotowaliśmy na ten temat specjalny raport, który dotyczył ponad tysiąca Polaków. 64 proc. z nich ocenia swój stan zdrowia jako dobry i bardzo dobry – mówi w rozmowie z agencją Newseria Czesław Ducki, członek zarządu PZU Zdrowie, współautor raportu.

Według raportu PZU Zdrowie „Epidemia zmęczenia. Polacy nie mają czasu na zdrowie” młodsze pokolenie zdecydowanie częściej deklaruje bardzo dobry stan zdrowia. W grupach 18–24 i 25–29 lat jest to odpowiednio 24 proc. i 23 proc. Ich ocena zdrowia fizycznego jest lepsza niż ocena dobrostanu psychicznego. Jako zły lub bardzo zły określa go 18 proc. w grupie 18–24 lat, a jako dobry lub bardzo dobry – 32 proc.

Odwrotnie jest wśród osób starszych. Respondenci po 60. roku życia najrzadziej deklarują bardzo dobry stan zdrowia (4 proc.), ale jednocześnie najczęściej pozytywnie oceniają swoją kondycję psychiczną (74 proc.).

– Młode pokolenie ma znacznie gorszy dobrostan psychiczny i tutaj widać dużą zmianę in minus. Częściej mają problemy w sferze mentalnej, ale częściej też korzystają z pomocy profesjonalistów, co jest dobrym sygnałem – uważa Czesław Ducki.

W ciągu ostatnich 12 miesięcy z pomocy psychologa, psychoterapeuty lub psychiatry korzystał co piąty Polak (21 proc.). W grupach 18–24 lat, 25–29 lat oraz 30–39 lat odsetek ten wyniósł kolejno 29 proc., 32 proc. i 33 proc., podczas gdy wśród osób po 60. roku życia tylko 9 proc. 

Jak wskazuje badanie PZU Zdrowie, nawet dobra deklarowana kondycja nie oznacza braku problemów z energią, stresem czy regeneracją.

– Jako Polacy gorzej oceniamy zdrowie psychiczne niż fizyczne, ale zdrowie to nie tylko brak choroby lub jej nasilenie. To również ryzyko jej wystąpienia, które będzie miało konsekwencje w kolejnych latach. Jeżeli popatrzymy na te parametry głębiej, na środowisko, w jakim żyjemy, stres, przemęczenie, zaburzenia, smutek, ta sytuacja wygląda już znacznie gorzej – podkreśla członek zarządu PZU Zdrowie. – Powinniśmy patrzeć na zdrowie szerzej. To jest też poziom naszego komfortu życia, jeżeli chodzi o sen czy naszą kondycję psychiczną. Nie da się rozpatrywać zdrowia jako fizycznego i psychicznego. Nasza fizykalność wpływa na naszą psychikę i odwrotnie.

W ciągu ostatnich trzech miesięcy 80 proc. Polaków deklarowało odczuwanie przewlekłego zmęczenia przynajmniej co jakiś czas, w tym 28 proc. często. Tylko 18 proc. badanych przyznało, że w tym okresie go nie odczuwało.

W grupie osób aktywnych zawodowo często obserwowane są stres, przemęczenie i trudności związane z zachowaniem równowagi między pracą a życiem prywatnym. Co trzeci badany pracownik deklaruje, że odczuwa stres związany z pracą co najmniej kilka razy w tygodniu, a 68 proc. przyznaje, że co najmniej czasami pracuje mimo choroby lub złego samopoczucia, które uzasadniałyby odpoczynek lub zwolnienie lekarskie. Jednocześnie dwie trzecie pracowników deklaruje, że doświadcza symptomów wypalenia zawodowego przynajmniej od czasu do czasu.

– To jest bardzo poważny sygnał alarmowy dla nas wszystkich. Przewlekłe zmęczenie i stres przekładają się na nasze zdrowie fizyczne i psychiczne, często to jest kwestia wielu lat, zanim nastąpią objawy choroby – podkreśla Czesław Ducki. – Powinniśmy się zatrzymać, zastanowić się i mieć świadomość, że przewlekłe zmęczenie jest czymś bardzo negatywnym, również w sensie medycznym. Będzie się przyczyniało do powstawania chorób albo nasilało te już występujące.

Respondenci najczęściej śpią 6–7 godzin na dobę (39 proc.) lub między 7 a 8 godzin (28 proc.). Jednocześnie co czwarty badany przesypia nie więcej niż 6 godzin na dobę. Sen trwający ponad 8 godzin deklaruje tylko 7 proc. osób.

– Bardzo ważna jest aktywność fizyczna, która wspiera nasze zdrowie, zmniejsza stres i pozwala odreagować napięcia. Istotne jest też budowanie pozytywnych relacji społecznych. W poszczególnych grupach wiekowych jest to niełatwe. To na pewno jest wyzwanie dla młodych osób, które są bardziej narażone na przewlekłe zmęczenie – wyjaśnia Czesław Ducki.

Zdrowotne obawy Polaków skupiają się głównie wokół chorób, które kojarzą się z najpoważniejszymi konsekwencjami dla życia i codziennego funkcjonowania. Największy niepokój budzą nowotwory (40 proc.). Na drugim miejscu znajduje się utrata sprawności i samodzielności w starszym wieku (33 proc), a podium zamykają choroby serca i układu krążenia (30 proc.).

– Profilaktyka jest jednym z najważniejszych elementów dbania o zdrowie. Co istotne, mamy coraz większą świadomość znaczenia profilaktyki dla naszego zdrowia. Już duża część Polaków wie, że trzeba się badać i to jest dobre dla ich zdrowia w perspektywie długoterminowej – wymienia członek zarządu PZU Zdrowie.

Najczęściej wykonywanym badaniem profilaktycznym wśród Polaków są badania krwi (63 proc.). Jednocześnie 15 proc. badanych deklaruje, że w ciągu ostatnich 12 miesięcy nie wykonało żadnego z takich badań.

– Profilaktyka ma sens wtedy, kiedy czujemy się zdrowi i nic nam nie dolega. Zależy nam na tym, aby przy zgłaszaniu się na badania diagnostyczne wyłapywać jak najmniejsze zmiany, bo wtedy możemy pójść w głębszą diagnostykę i pokierować pacjenta do konkretnego specjalisty. Wtedy leczenie jest najskuteczniejsze – przypomina Anna Nikołajew-Diak, pielęgniarka i koordynatorka ds. położnictwa w PZU Zdrowie. – W profilaktyce największe znaczenie ma pierwszy kontakt. Bardzo często są nim pielęgniarki i położne. To my częściej widzimy pacjenta niż lekarz i jesteśmy w stanie wyłapać więcej problemów zdrowotnych.

Największymi barierami, które utrudniają wykonywanie badań profilaktycznych, są długi czas oczekiwania na wizytę lub badanie (32 proc.), koszty badań (31 proc.) oraz trudny dostęp do specjalistów (30 proc.). Wśród czynników zniechęcających do wykonywania badań profilaktycznych respondenci wymieniali również brak czasu (20 proc.) i obowiązki zawodowe (10 proc.).

– Z raportu jednoznacznie wynika, że dużą barierą jest dostępność do służby zdrowia. Dlatego zakup pakietów profilaktycznych przez pracodawcę jest bardzo dobrym krokiem. Drugim jest to, co część pracodawców robi, czyli udziela kilku godzin urlopu na badania, żeby pracownik mógł je wykonać w godzinach pracy. To jest bardzo korzystne dla pracownika, ale też w długiej perspektywie dla pracodawcy – tłumaczy Czesław Ducki.

40 proc. badanych uważa, że ich pracodawca dba o zdrowie pracowników, natomiast 41 proc. jest odmiennego zdania. Pracownicy oczekują od pracodawców większego zaangażowania w obszarze zdrowia, szczególnie poprzez rozwój profilaktyki, dodatkowe dni wolne związane ze zdrowiem, wsparcie psychologiczne czy opiekę medyczną dla członków rodziny.

– Nie wolno odkładać profilaktyki na tak zwane jutro. Jutro też będziemy mieć pełny grafik, nie będziemy mieć czasu, natomiast zdrowie nie poczeka. Jako pacjenci powinniśmy się interesować tym, co się dzieje, możemy zgłosić się do programu profilaktycznego, zapytać, będąc przy okazji w przychodni niekoniecznie we własnej sprawie, co jest dla nas dedykowane – radzi Anna Nikołajew-Diak.

Najsilniejszą motywacją do wykonywania badań profilaktycznych jest chęć kontrolowania stanu zdrowia (46 proc.), a jej znaczenie rośnie wraz z wiekiem. Dla młodszych ankietowanych większe znaczenie mają historia chorób w rodzinie, informacje znalezione w mediach oraz wsparcie bliskich. Starsi kierują się natomiast głównie zaleceniami lekarza i własnymi doświadczeniami zdrowotnymi.

– Jeśli zbudujemy wśród młodych osób pozytywne nastawienie do badania się, to jest szansa, że oni później przekażą to dalej swoim dzieciom, osobom z rodziny. W ten sposób będziemy budować wielopokoleniowe pozytywne nastawienie do zdrowia – podkreśla pielęgniarka i koordynatorka ds. położnictwa w PZU Zdrowie. 

Publikacji raportu „Epidemia zmęczenia. Polacy nie mają czasu na zdrowie” – dostępnego na stronie pzuzdrowie.pl – towarzyszyła akcja „Pociąg do Zdrowia” realizowanej przez PZU Zdrowie na dworcach kolejowych w pięciu miastach Polski.  

– W ramach akcji w ciągu jednego dnia przebadaliśmy ok. 700 osób. Mogły one skorzystać z porady specjalistów, kardiologa, dermatologa, ale też pielęgniarki czy dietetyka, mogły wykonać badanie EKG, zbadać poziom glukozy, cholesterolu czy witaminy D – podkreśla członek zarządu PZU Zdrowie. – W ciągu jednego dnia wśród badanych odnieśliśmy ewidentne korzyści. Wykryto jedną chorobę serca u dziecka, dwie osoby miały podejrzenie poważnej choroby onkologicznej i zostały skierowane do dalszej diagnostyki. Wiele zbadanych osób miało negatywne parametry i skierowaliśmy je do dalszego leczenia.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/polacy-nie-maja-czasu-na,p835399523

Podważanie wskaźnika WIBOR może kosztować banki setki miliardów złotych. Dotknęłoby to całą gospodarkę

0

W polskich sądach rośnie liczba postępowań dotyczących kredytów złotowych opartych na wskaźniku WIBOR. Na koniec 2025 roku w pierwszej instancji toczyło się ich ponad 2,7 tys. – wynika z danych przytoczonych w raporcie Instytutu Sobieskiego. Jego autorzy podkreślają, że kwestionowanie kredytów opartych na stawce WIBOR może w skrajnym scenariuszu kosztować sektor bankowy nawet 284 mld zł. Związek Banków Polskich podkreśla, że to kwota nie do udźwignięcia przez sektor i mogłaby się wiązać z przymusową restrukturyzacją części instytucji, co z kolei oznaczałoby poważne konsekwencje dla gospodarki.

– Skala potencjalnych konsekwencji dla przegranych banków byłaby ogromna i znacznie większa niż to, co widzieliśmy w przypadku kredytów frankowych. Oszacowaliśmy, że te konsekwencje wyniosłyby ponad 284 mld zł. To jest suma zbliżona do łącznych kapitałów banków, czyli coś, co mogłoby doprowadzić do prawie wyzerowania kapitału. Niektóre banki by upadły, a inne miałyby poważne problemy z udzieleniem kredytów. Polska gospodarka na pewno by ucierpiała – mówi agencji Newseria Leszek Skiba, prezes Instytutu Sobieskiego, współautor raportu „Wpływ podważania stawki referencyjnej WIBOR na stabilność sektora finansowego oraz na gospodarkę Polski”.

WIBOR (Warsaw Interbank Offered Rate) jest jednym z kluczowych elementów polskiego systemu finansowego. Wyznacza stopę procentową, po jakiej banki są gotowe pożyczać sobie środki na określony termin.

– WIBOR to wskaźnik ceny pieniądza, czyli coś, co stosują nie tylko banki podczas udzielania kredytów hipotecznych, ale również wiele obligacji Skarbu Państwa. Mamy też aktywa leasingowe, instrumenty pochodne, czyli tak naprawdę jest on sercem polskiej gospodarki. Kwestionowanie go to jest wprowadzenie napięć, ryzyka, niepewności dla polskich i zagranicznych firm na rynkach kapitałowych. To jest coś, co rzutowałoby na bezpieczeństwo finansowe Polaków, którzy zastanawialiby się, czy ich oszczędności są bezpieczne, ale też inwestorów, którzy dzisiaj się zastanawiają, czy kupić obligacje Skarbu Państwa i jaka jest ich cena, co się może z nimi zdarzyć – wyjaśnia prezes Instytutu Sobieskiego.

– Mamy ogromną wartość instrumentów pochodnych opartych na tym wskaźniku. Nawet trudno ją oszacować, ponieważ duża część z nich jest notowana poza polskim rynkiem, na przykład na londyńskiej giełdzie – podkreśla dr Tadeusz Białek, prezes Związku Banków Polskich.

Raport IS wskazuje, że łączna wartość aktywów finansowych wykorzystujących WIBOR na koniec 2024 roku wynosiła ponad 6 bln zł wraz z instrumentami pochodnymi. To równowartość ok. 167 proc. polskiego PKB. Ponad 1 bln zł przypada na aktywa sektora bankowego i SKOK. Składają się na nie m.in. kredyty hipoteczne (305,6 mld zł), kredyty dla przedsiębiorstw (266,9 mld zł) oraz dłużne papiery wartościowe (280,2 mld zł). Do tego dochodzi rynek obligacji opartych na WIBOR-ze o wartości 480,7 mld zł, w tym obligacje skarbowe za 293,1 mld zł.

Łączne dochody odsetkowe sektora bankowego z kredytów hipotecznych opartych na WIBOR-ze w latach 1997–2025 wyniosły 218,1 mld zł. Ponad 100 mld zł przypada na kredyty nadal aktywne, a 117,4 mld zł na już spłacone. Wartość pobranych opłat i prowizji szacuje się natomiast na 35,2 mld zł. 

– W sytuacji, kiedy mamy do czynienia z istotnym kryzysem bankowym, zawsze pierwszym problemem jest to, że banki przestają udzielać kredytów. Niektórych banków na to nie stać, a inne muszą zadbać o swój podstawowy kapitał – tłumaczy Leszek Skiba.

Według autora raportu w szerszym ujęciu scenariusz powszechnych przegranych banków w sprawach dotyczących WIBOR-u oznaczałby ryzyko przeniesienia kosztów sporów prawnych na wszystkich klientów sektora bankowego poprzez wyższe marże, opłaty i prowizje, a także ograniczoną ofertę produktową.

– Kwestionowanie umowy o WIBOR jest zwiększeniem niepewności prawnej. W przyszłości wyobrażamy sobie taką sytuację, że masowe podważanie wieloletnich umów kredytowych opartych na WIBOR-ze w konsekwencji oznacza, że banki będą pięć razy bardziej się zastanawiać, czy udzielić kolejnego kredytu na dłuższy czas. Niepewność prawna jest czynnikiem, który czasami powoduje, że ktoś nie chce podpisać takiej umowy, kiedy poważne jest prawdopodobieństwo jakiegoś niekorzystnego orzeczenia sądu, a nawet TSUE. Banki mogą preferować kredytowanie klientów na krótszy okres. Wtedy rzeczywiście może dojść do sytuacji, w której trudniej będzie uzyskać kredyt hipoteczny – wyjaśnia prezes Instytutu Sobieskiego.

Jak podkreślono w raporcie IS, 12 lutego 2026 roku Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE) wydał orzeczenie, zgodnie z którym zgodność metodologii wskaźnika referencyjnego z przepisami unijnymi nie należy do oceny sądu rozpatrującego spór konsumencki, a sąd powinien się koncentrować na ocenie warunków konkretnej umowy. Prawo unijne nie zobowiązuje banku do przekazywania konsumentowi szczegółowych informacji technicznych o sposobie jego obliczania.

– To państwowy nadzór, w naszym przypadku Komisja Nadzoru Finansowego, wydaje licencję, a więc zgodę na opracowywanie wskaźnika dla tak zwanego administratora, czyli instytucji, która pełni funkcję instytucji opracowującej wskaźnik – tłumaczy prezes Związku Banków Polskich. – Niemniej jednak gdyby doszło do prób podważania w sposób realny, ponieważ na razie to są promile spraw, to miałoby to dramatyczne konsekwencje dla całej gospodarki.

Szacowane łączne koszty dla banków według prawdopodobieństwa pozwu mieszczą się w przedziale od 78,7 mld zł do 283,7 mld zł. Górna granica tego przedziału zbliża się do wartości całego kapitału własnego sektora bankowego, który na koniec 2025 roku wyniósł 322 mld zł. Jednocześnie zgromadzenie kwoty 284 mld zł zajęłoby ok. 15 lat, biorąc pod uwagę, że rezerwy na spory frankowe, tworzone przez sześć lat, sięgnęły ponad 102 mld zł, a rekordowy poziom rezerw zawiązanych w ciągu jednego roku (2023) nie przekroczył 20 mld zł w skali sektora.

– W tych czarnych scenariuszach sektor bankowy nie byłby w stanie zaabsorbować tych strat. Chcę to wyraźnie i jednoznacznie podkreślić. W dużej części sektor musiałby być poddany decyzjom o przymusowej restrukturyzacji, czyli mówimy tu o uporządkowanej likwidacji – podkreśla dr Tadeusz Białek. – Banki nie przygotowują się na czarny scenariusz, ponieważ nie zakładają, że on może nastąpić, przede wszystkim z powodu ustaleń wynikających z wyroku TSUE oraz z uwagi na jednoznaczne stanowiska wszystkich organów nadzoru. Komitet Stabilności Finansowej jako organ nadzoru makroostrożnościowego w swoich stanowiskach jednoznacznie wskazywał, że próby podważania WIBOR-u są skazane na niepowodzenie, że nigdy nie był on przedmiotem żadnych manipulacji, jest właściwie administrowany i licencjonowany.

Liczba postępowań sądowych dotyczących kredytów złotowych opartych na WIBOR-ze stale jednak rośnie. Na koniec 2023 roku w pierwszej instancji toczyły się 654 sprawy rozpoznawcze, rok później było ich 1532, a na koniec 2025 roku – 2728. ZBP podaje, że na koniec lipca było ich ponad 3,8 tys.

– To bardzo mało, biorąc pod uwagę, że mówimy o perspektywie trzech lat, w której takie pozwy były wnoszone. Wedle danych na koniec lipca zapadło 277 wyroków, w których we wszystkich, co do jednego, zarzuty dotyczące WIBOR-u zostały oddalone. Dlatego też banki na czarny scenariusz się nie przygotowują – zapewnia prezes ZBP.

Autorzy raportu Instytutu Sobieskiego przygotowali również rekomendacje dla instytucji nadzorujących.

– Rekomendujemy po pierwsze to, aby główne instytucje z sieci bezpieczeństwa, czyli KNF, NBP, Ministerstwo Finansów, podkreśliły pełnoprawność i bezpieczeństwo WIBOR-u oraz nowej stawki POLSTR, która ma zastąpić WIBOR w przyszłości – podkreśla Leszek Skiba. – Chcemy też zwrócić uwagę na konieczność wzorca umowy na kredyt hipoteczny. On powinien mieć sankcję państwową, czyli w jakimś sensie być zatwierdzony przez któryś z organów. Jeżeli banki udzielają kredytu hipotecznego według pewnego wzorca, to ryzyko prawne jest mniejsze, gwarantuje on bowiem bezpieczeństwo zarówno dla banku, jak i dla klienta. W przyszłości nie powinno to prowadzić do sporów prawnych i może też oznaczać, że banki nie będą skłonne do tego, żeby obciążać takie umowy nadzwyczajnie dużymi marżami.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/podwazanie-wskaznika,p1449489568

Trwają prace nad wspólnym biletem kolejowym w UE. Nowe zasady mają ułatwić przesiadki i wzmocnić prawa pasażerów

0

Komisja Transportu i Turystyki (TRAN) Parlamentu Europejskiego pracuje nad pakietem pasażerskim, który w maju br. zaproponowała Komisja Europejska. Jednym z jego założeń jest wprowadzenie jednego wspólnego biletu kolejowego, czyli możliwości łączenia ofert różnych przewoźników w jednej transakcji. Polscy europarlamentarzyści, uczestniczący w pracach, podkreślają, że nowe rozwiązanie ułatwi życie pasażerom, ale nie wiadomo, jakim obciążeniem będzie dla małych przewoźników regionalnych.

– Unia Europejska w najbliższych miesiącach chce przedstawić jeden wspólny bilet kolejowy, żebyśmy poprzez aplikację w telefonie mogli zarezerwować jeden łączony bilet, który mógłby obowiązywać w całej Europie. Będziemy rezerwowali go na specjalnej platformie, w aplikacji w telefonie i będzie obowiązywała jedna cena – mówi agencji Newseria Dariusz Joński, poseł do Parlamentu Europejskiego z Koalicji Obywatelskiej oraz EPL.

Jeden wspólny bilet kolejowy jest częścią pakietu pasażerskiego (Passenger Package) zaproponowanego przez Komisję Europejską w maju br. Pasażerowie będą mogli znaleźć, porównać i kupić usługi różnych operatorów kolejowych w ramach jednego biletu, który można kupić podczas jednej transakcji na wybranej przez siebie platformie.

– To będzie niesamowity skok cywilizacyjny. Chcemy ułatwień i tego, żeby pasażer odczuł, że oprócz szybkiej kolei będzie szybki proces rezerwacji. Obecnie, jeśli jedzie z Łodzi do Paryża i przesiada się na przykład w Berlinie, to musi wysiąść z pociągu, poszukać kasy, kupić bilet, zarezerwować dodatkowy czas. Cóż z tego, że mamy szybką kolej, kiedy podróżny musi się martwić o to, żeby poszukać kasy biletowej. A tak w Łodzi kupi jeden bilet i nawet jeśli będzie miał się dwukrotnie przesiąść, to na nim przemierzy całą Europę – tłumaczy Dariusz Joński.

Zgodnie z propozycją Komisji Europejskiej pasażerowie kolei mają mieć zapewnioną nową, pełną ochronę swoich praw. Ma ona obejmować pomoc, zmianę trasy, zwrot kosztów i rekompensatę dla pasażerów z jednym biletem u różnych operatorów, którzy się spóźnią na przesiadkę.

– W swoich założeniach jednolity bilet kolejowy wychodzi naprzeciwko potrzebom pasażerom, tak jak w przewozach lotniczych. Czyli kupujemy jeden bilet na jednej stronie, a nie szukamy na dziesięciu. Możemy kupić go na różne połączenia różnych przewoźników i jeżeli jeden nas nie dowiezie na czas, to wtedy bylibyśmy jako pasażerowie kolejowi uprawnieni do odszkodowań, noclegu, zwrotu pieniędzy za bilet – podkreśla Elżbieta Łukacijewska, posłanka do Parlamentu Europejskiego z Koalicji Obywatelskiej oraz EPL.

Badanie Eurobarometru z 2025 roku pokazuje, że z usług rezerwacji biletów online korzysta 76 proc. Europejczyków. Jednocześnie gdy w grę wchodzą podróże koleją, 25 proc. respondentów zadeklarowało trudności z rezerwacją biletów kolejowych obsługiwanych przez wielu przewoźników, a 43 proc. w ogóle nie rezerwowało takich podróży.

– Największym wyzwaniem nie jest aplikacja, tylko wspólne rozliczanie się między spółkami kolejowymi z całej Unii Europejskiej. Wiele krajów członkowskich ma kolej, ale w większości z nich nie obowiązuje odszkodowanie, jeśli pociąg się spóźni. Ono obowiązuje w liniach lotniczych. A chcemy, żeby obowiązywało nie po to, żeby linie kolejowe płaciły odszkodowanie, tylko po to, żeby miały motywację do przyjeżdżania punktualnie, ponieważ tylko wtedy system przesiadkowy ma sens. Są obecnie kraje, i to sąsiadujące z nami, które mają opóźnienia na poziomie 40 proc., więc bardzo dużo – podkreśla europoseł KO.

Komisja chce wprowadzić również nowe obowiązki dla platform biletowych i operatorów, aby zapewnić sprawiedliwy dostęp do sprzedaży biletów i neutralną prezentację ofert podróży.

– Jeżeli te obciążenia, które zakłada Komisja, przełożymy na małe spółki, one mogą po prostu nie udźwignąć ciężaru i kosztów. Tutaj jest wątpliwość, czy są administracyjnie do tego przygotowane. Ale sama idea, żeby to pasażer był w centrum funkcjonowania kolejowych linii pasażerskich, jest bardzo istotna. Zobaczymy, jakie przepisy ostatecznie ujrzą światło i jak mocno będą wspierać pasażerów. Na pewno jest to absolutnie dobry kierunek i oczekiwany przez pasażerów – uważa Elżbieta Łukacijewska. – Operatorzy regionalni to są często małe przedsiębiorstwa, które działają w jednym regionie, ale też łączą podróż. Pasażerowie korzystają z tych pociągów, przesiadają się potem na inne, dalekobieżne. Te wymogi i koszty mogłyby być dla operatorów sporym obciążeniem. Sama jestem ciekawa, jak polski rząd i spółki podejdą do tych przepisów.

– Przekazywanie przez spółki kolejowe informacji handlowych jest pewnym zagrożeniem, ale to nie jest bariera, której nie przejdziemy przy tym projekcie. Pamiętajmy, że finalnie podróżny będzie zadowolony, ponieważ będzie miał jeden tańszy bilet, jedną aplikację, a spółki kolejowe więcej pasażerów. Jeśli ktoś kupi bilet w Polsce i dojedzie na drugi kraniec Europy, to będzie w stanie zrezygnować z samolotu czy samochodu i wsiąść do pociągu – wyjaśnia Dariusz Joński.

Komisja Europejska podkreśla, że przewoźnicy kolejowi zyskają również możliwość sprzedaży swoich biletów za pośrednictwem głównych krajowych platform biletowych, należących do dotychczasowych przedsiębiorstw kolejowych o znaczącej pozycji rynkowej. Zmiany mają sprawić, że usługi nowych przewoźników będą łatwe do znalezienia i będzie można je bezpiecznie łączyć z usługami oferowanymi przez innych.

– Jest przychylność wszystkich frakcji politycznych w Parlamencie do wprowadzenia jednego wspólnego biletu kolejowego w całej Europie, żeby to była jedna wspólna aplikacja i dość konkurencyjne ceny – podkreśla Dariusz Joński.

Jak wynika z danych Urzędu Transportu Kolejowego, wskaźnik punktualności przewozów pasażerskich w tym roku (w okresie styczeń – czerwiec) wahał się od 84 do 92 proc., w zależności od miesiąca. W okresie od stycznia do lipca 2026 roku polskie pociągi obsłużyły 269,87 mln pasażerów. Najwięcej z nich skorzystało z połączeń przewoźnika Polregio (21,95 proc. udziału w liczbie przewiezionych pasażerów). Na drugim miejscu znalazło się PKP Intercity (20,06 proc.), a na trzecim – Koleje Mazowieckie (16,44 proc.) – wskazują dane UTK.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/trwaja-prace-nad,p2012036233

Sam pomysł nie gwarantuje start-upom sukcesu. Konieczna jest wcześniejsza weryfikacja na rynku

0

Dobry pomysł to za mało, żeby zbudować start-up – podkreślali eksperci podczas PARP Future Camp 2026. Początkujący founder powinien najpierw sprawdzić, czy jego produkt odpowiada na rzeczywistą potrzebę, czy znajdą się klienci gotowi go kupić i czy będzie w stanie dostarczyć im obiecaną wartość. Równie ważne jest stworzenie zespołu o uzupełniających się kompetencjach, a na kolejnych etapach – wsparcie mentorów, którzy pomogą zweryfikować założenia biznesowe i przygotować firmę do rozwoju.

– Pierwszym krokiem foundera powinien być eksperyment biznesowy, czyli zbudowanie odpowiednich ram działań, które pozwolą się upewnić, że pomysł będzie się sprzedawał i znajdzie się wystarczająco dużo ludzi, którzy będą chcieli go kupić. Z drugiej strony trzeba sprawdzić, czy rzeczywiście jestem w stanie dostarczyć wartość, którą obiecuję rynkowi. Dopiero kiedy się o tym przekonamy, proponuję podejmować dalsze kroki związane z zakładaniem spółki – mówi agencji Newseria Łukasz Sztern z Polskiego Funduszu Rozwoju.

Raport PFR „Co blokuje polskich startupowców? Wyzwania i perspektywy zmiany” wskazuje, że wśród barier w rozwijaniu projektów absolwenci Szkoły Pionierów PFR wymieniali niedopasowanie produktu do potrzeb rynku, zbyt małe zainteresowanie potencjalnych klientów oraz brak strategii działania po zakończeniu programu.

– Jest taka anegdota o Churchillu, który skarżył się, że ma 10 generałów, z czego dziewięciu jest złych. Problem w tym, że nie wie, który jest dobrym. Tak samo jest z pomysłami na biznes. Dziennie możemy mieć multum pomysłów, ale dopóki nie przetestujemy ich w praktyce, nie mamy pewności, czy coś złapie na rynku. Weryfikacja rynkowa jest absolutnie kluczowa i powinien ją jak najszybciej przeprowadzić bezpośrednio pomysłodawca. Nie należy zlecać jej innym podmiotom. Jeśli chcemy szukać pomysłów na biznes, możemy zaczynać od problemów, z którymi sami mamy do czynienia na co dzień, ale trzeba uważać, żeby nie było to coś absolutnie niszowego – ocenia Maciej Majewski, prezes Accelpoint, firmy prowadzącej programy akceleracyjne i inkubacyjne oraz łączącej start-upy z inwestorami.

Z raportu „Global Entrepreneurship Monitor. Polska 2025”, przygotowanego przez PARP i Uniwersytet Ekonomiczny w Katowicach, wynika, że kluczową barierą powstrzymującą ludzi przed założeniem start-upu, wskazywaną przez przedstawicieli tego typu podmiotów, jest brak kapitału. Dla niemal 70 proc. badanych jest to czynnik o bardzo dużym znaczeniu, a dla pozostałych 30 proc. ma przynajmniej średnie znaczenie. Analiza wskazuje również, że istnieje szereg mocno ze sobą skorelowanych czynników: niedobór umiejętności zarządzania firmą, brak wiedzy branżowej i specjalistycznej niezbędnej do rozpoczęcia działalności oraz brak pomysłu na biznes.

– Osoba, która ma dobry pomysł, stoi przed dwoma rodzajami wyzwań. Pierwsze polega na tym, że zazwyczaj nikt nie jest omnibusem. Dlatego mając dobry pomysł technologiczny czy rynkowy, warto poszukać osoby, która pod względem kompetencji i osobowości uzupełni foundera. Jeżeli jestem dobrym naukowcem, zazwyczaj brakuje mi kompetencji sprzedażowych i warto uzupełnić je przy pomocy innych osób – wskazuje Łukasz Sztern.

Z raportu „Polskie Startupy 2025” Fundacji Startup Poland wynika, że krajowe start-upy najczęściej tworzą zespoły liczące nie więcej niż 10 osób, a 20 proc. nie zatrudnia nikogo poza founderem.

– Nie każdy founder musi być frontmanem. Start-upy tworzą ludzie, którzy łączą różne kompetencje. Jeden z założycieli może być bardziej skupiony na programowaniu, a drugi lepiej rozumieć założenia biznesowe oraz wiedzieć, jak promować markę i start-up. Dzięki mediom społecznościowym można dotrzeć do grup, które mogą potrzebować naszego produktu, i pokazać im go w autentyczny sposób – mówi Hubert Adamczyk, ekspert Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości.

Dane GEM Polska 2025 pokazują wyraźną zmianę w strukturze polskiej przedsiębiorczości. W ciągu 14 lat odsetek dorosłych Polaków prowadzących młode firmy, działające nie dłużej niż 3,5 roku, zmniejszył się z 9,1 do 2,5 proc. Jednocześnie udział osób prowadzących firmy dojrzałe, obecne na rynku ponad 3,5 roku, wzrósł z 5 do 12,8 proc. Polska ma najniższy wśród 51 badanych krajów odsetek dorosłych prowadzących młode firmy.

– Starsze pokolenie founderów w dużym stopniu opierało się na swoich umiejętnościach technologicznych. Świadomość tego, że budowanie dobrej technologii i budowanie dobrego produktu to dwie zupełnie różne rzeczy, jest dziś coraz większa. Tworzenie produktów, które dobrze się sprzedadzą na rynku, testowanie założeń o tym, co i za ile powinniśmy sprzedawać, to coś, w czym dzisiejsi start-upowcy są coraz lepsi. Mogą się bowiem uczyć od osób, które już osiągnęły sukces, wróciły do Polski albo od początku budowały swoje spółki w Polsce – wskazuje Aleksandra Pędraszewska, partner w Vastpoint Ventures.

Jak podkreśla, właśnie dlatego konieczna jest współpraca z mentorami i przedstawicielami firm, które już osiągnęły sukces.

– Dzisiaj młodzi founderzy, którzy dopiero wchodzą na rynek start-upowy, mierzą się z podobnymi problemami jak ich poprzednicy: znalezieniem odpowiedniego klienta oraz sprawdzeniem, czy i komu ich produkt jest potrzebny. W czasach, kiedy wiele produktów i oprogramowania powstaje za pomocą AI, dużym wyzwaniem jest odpowiednie zdefiniowanie produktu, żeby nie stworzyć po prostu AI slopa, będącego wypadkową słabych decyzji o tym, komu i co chcemy sprzedawać – mówi Aleksandra Pędraszewska.

Tego typu wsparcie obejmują też programy prowadzone przez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości. Pomagają one zweryfikować pomysł, przygotować produkt i model biznesowy, a następnie rozwijać start-up i szukać klientów czy inwestorów. Program Laboratorium Innowatora oferuje wsparcie osobom, które mają innowacyjny pomysł, ale są jeszcze przed etapem rozwijania firmy. Uczestnicy otrzymują bezpłatne wsparcie ekspertów i mentorów, a sam pomysł jest weryfikowany pod kątem biznesowym i konfrontowany z otoczeniem rynkowym, w tym z potencjalnymi klientami. Program ma pomóc ocenić, czy pomysł może stać się produktem lub usługą, zanim jego rozwój będzie wymagał większych nakładów.

Z kolei Platformy Startowe prowadzą start-up dalej – od pomysłu do produktu, który można zaoferować na rynku. W ramach indywidualnego programu inkubacji founderzy pracują z menedżerem inkubacji, ekspertami i mentorami nad rozwojem produktu, modelem biznesowym i przygotowaniem pierwszej wersji produktu. Po zakończeniu inkubacji firmy mogą się ubiegać o dofinansowanie do 600 tys. zł na dalszy rozwój, w ramach odrębnego komponentu programu.

 


Materiał powstał podczas PARP Future Camp 2026, wydarzenia współfinansowanego w ramach programów Fundusze Europejskie dla Nowoczesnej Gospodarki (FENG), Fundusze Europejskie dla Polski Wschodniej (FEPW) oraz Fundusze Europejskie dla Rozwoju Społecznego (FERS).

a

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/sam-pomysl-nie-gwarantuje,p1919313730

Młode pokolenie najostrzej krytykuje polskie szkoły. System nie uczy praktycznych umiejętności

0

Polacy oczekują, że szkoła zadba o wszystko: wyposaży w wiedzę, pozwoli zdobyć umiejętności, wychowa czy uwrażliwi na drugiego człowieka, zapewniając przy tym dobrą atmosferę oraz sprawiedliwe traktowanie uczniów i uczennic. Takie wnioski płyną z raportu „Szkoła do życia” przygotowanego przez Centrum Edukacji Obywatelskiej. Wygórowane oczekiwania przekładają się na surową ocenę współczesnej szkoły – tylko jedna czwarta badanych ocenia ją  dobrze, a ponad jedna trzecia źle.

– W raporcie „Szkoła do życia” pokazujemy, jak wysokie, zróżnicowane i szerokie są nasze oczekiwania wobec szkół. Oczekujemy od nich zarówno przygotowania do życia, jak i wychowania czy zapewnienia przestrzeni dla relacji rówieśniczych. Pokazujemy też, jak te bardzo wygórowane oczekiwania przekładają się na relatywnie surową ocenę szkoły. Jako społeczeństwo dosyć często formułujemy krytyczne opinie o niej, ale w naszym raporcie stawiamy tezę, że częściowo to nie kryzys szkoły, ale raczej jej wizerunku i tego, jak o niej mówimy – mówi agencji Newseria dr Jędrzej Witkowski, prezes Centrum Edukacji Obywatelskiej.

W badaniu Minds & Roses, przeprowadzonym na potrzeby raportu w marcu 2026 roku na grupie tysiąca osób w wieku 18–65 lat, za ważne obszary działania szkoły ankietowani najczęściej wskazywali naukę praktycznych umiejętności życiowych (81 proc.), przygotowanie do pracy i życia zawodowego (80 proc.), a także rozwój podstawowych kompetencji (80 proc.). Najniżej pod względem znaczenia badani wskazali naukę krytycznego myślenia (72 proc.). Każdy z 21 badanych obszarów działania szkoły okazał się ważny dla co najmniej 70 proc. Polaków.

– Lista naszych oczekiwań jest bardzo długa. Właściwie jest koncertem życzeń, a oczekujemy wszystkiego, począwszy od tego, że szkoła przygotuje do egzaminów, kończąc na tym, że będzie w niej dobra atmosfera i będzie wspierała budowanie relacji w klasie – podkreśla Magdalena Tędziagolska z firmy Badania i Działania, partnera merytorycznego badania.

Zaledwie co czwarty Polak ocenia współczesną szkołę dobrze, 36 proc. źle, a kolejne 36 proc. wystawiło jej ocenę neutralną. Wśród grup wiekowych najsurowsi są najmłodsi. Negatywnie ocenia ją 46 proc. osób w wieku 18–25 lat.

– To może być alarmujące, ale ten obraz nie jest jednoznaczny. Na pewno warto się przyjrzeć, kto jak tę szkołę ocenia, kto ją ocenia lepiej, a kto gorzej. W spojrzeniu ogólnym rzeczywiście 25 proc. mówi, że jest zadowolonych z tego, jak szkoła funkcjonuje. Kiedy pytamy o konkretne rzeczy, na przykład o atmosferę w szkole, na ile uczy krytycznego myślenia czy o inne jej zadania, to jesteśmy już trochę bardziej pozytywni w ocenie – zaznacza Magdalena Tędziagolska.

Żaden z 21 obszarów działania szkoły nie został oceniony gorzej niż funkcjonowanie szkoły ogółem. Średni odsetek dobrych ocen wyniósł 36 proc. Ankietowani najwyżej oceniają to, jak szkoła przygotowuje do egzaminów (48 proc.), pracuje z uczniami szczególnie uzdolnionymi (45 proc.) i przekazuje wiedzę o świecie (44 proc.). Najsłabiej to, jak przygotowuje do życia, czyli uczy praktycznych umiejętności, krytycznego myślenia (po 29 proc.) czy rozwiązywania problemów (31 proc.).

– Na ocenę wpływa nasze doświadczenie. Jeśli jesteśmy rodzicami, to bardziej pozytywnie oceniamy szkołę. Jeśli mamy dobre doświadczenia, wspomnienia z nią związane, to też wpływa to na naszą ocenę – wyjaśnia przedstawicielka firmy Badania i Działania.

Wśród osób pozytywnie oceniających szkołę 33 proc. dobrze wspomina swoje szkolne doświadczenia. 39 proc. miało wielu ważnych nauczycieli, a 29 proc. to rodzice dzieci w wieku 7–19 lat.

– Młode osoby są najbardziej krytyczne w ocenie szkoły. Co więcej, one są najbardziej krytyczne w ocenie jej bardzo konkretnych wymiarów, związanych z budowaniem wspólnoty, z tym, na ile szkoła buduje wspólnotę, na ile jest dobra atmosfera w szkole, ale też na ile czują, że wspiera ona ich podmiotowość i samodzielność – zaznacza Magdalena Tędziagolska. – Zdaniem młodych szkoła się nie do końca z tego wywiązuje. Wynika to pewnie z różnych rzeczy. My w tym badaniu tego nie eksplorowaliśmy, ale patrząc na kondycję psychiczną młodych ludzi i na to, jak bardzo są samotni w dzisiejszym świecie, to możemy tej odpowiedzi poszukać w innych danych.

Według autorów raportu na niską ocenę szkoły składają się dwa zjawiska, czyli kryzys jej wizerunku i realne słabości. Ich zdaniem pierwsze wymaga zmiany opowieści o szkole, drugie – zmiany funkcjonowania samej szkoły.

– Mamy do czynienia z kryzysem wizerunku szkoły. Na pewno nie możemy powiedzieć, że ona działa świetnie i nie musimy nic robić, ponieważ tak nie jest. Z drugiej strony widać, jakie głosy dominują w debacie o tym, jak mówi się o szkole. Chociażby w mediach więcej słyszymy o sytuacjach trudnych, o problemach, niż o tym, jak wysokie wyniki polscy uczniowie osiągają w badaniach PISA – uważa ekspertka.

Polacy częściej chcą, aby rolą szkoły było nauczenie młodych, jak się uczyć, a nie proste przekazywanie wiedzy (51 proc. wobec 25 proc.). Ważniejsze jest rozwijanie kompetencji takich jak krytyczne myślenie, współpraca i kreatywność niż skupienie się na wiedzy przedmiotowej (54 proc. wobec 19 proc.), podobnie jak wszechstronny rozwój ucznia jest ważniejszy niż przygotowanie do egzaminów (59 proc. wobec 18 proc.).

Częściej chcemy szkoły przyjaznej (55 proc.), a nie wymagającej (20 proc.), oraz rozwijającej wewnętrzną motywację i samodyscyplinę (56 proc.) zamiast uczącej reguł i ich egzekwującej (19 proc.). Ważniejsze dla badanych jest również to, jak uczniowie czują się w szkole (50 proc.), niż osiągane przez nich wyniki (22 proc.).

– Widzimy, że są dwa ważne wymiary: szkoła praktyczna i szkoła przyjazna. Ta pierwsza to szkoła, w której do obecnego procesu edukacyjnego dodamy więcej zadań i pracy wspólnej. Trochę bardziej pokażemy jej przydatność i zastosowanie w życiu dorosłym, ponieważ my jako Polacy czujemy, że szkoła przede wszystkim powinna nas też przygotowywać do życia w przyszłości – podkreśla Konrad Siwiński, senior partner w Minds & Roses. – Z drugiej strony widzimy potrzebę przejścia do szkoły przyjaznej, czyli takiej, która będzie pamiętać o uczniu, nauczycielu, całej społeczności i dbać o to, żebyśmy się tam dobrze czuli.

– Jeśli mówimy o tym, jak zmieniać polską szkołę, to mówimy o kilku krokach. Jeżeli chcemy zmierzać w stronę szkoły bardziej przyjaznej i praktycznej, to przede wszystkim jako społeczeństwo musimy w tę szkołę uwierzyć. Musimy uwierzyć, że ona jest dobrym miejscem dla naszych dzieci i że jest instytucją, która może się dynamicznie zmieniać i odpowiadać na te potrzeby – podkreśla dr Jędrzej Witkowski. – Po drugie, musimy też szkole trochę, kolokwialnie mówiąc, odpuścić. Nasze oczekiwania są bardzo wygórowane i zróżnicowane. Nie ma de facto takiej instytucji, która na te wszystkie oczekiwania potrafi odpowiedzieć. Musimy sobie je trochę urealnić. Pod hasłem „odpuść szkole” mieści się przekonanie, że musimy wyjść z koła wysokich oczekiwań, rozczarowania i frustracji, która potem zatruwa te szkolne relacje.

Źródło: https://biznes.newseria.pl/news/mlode-pokolenie,p1941689401

Tysiące ukraińskich dzieci ofiarami wojny. UE rozszerza sankcje za deportacje i przymusową asymilację

0

Od początku pełnoskalowej wojny w Ukrainie zginęło lub zostało rannych ok. 4 tys. dzieci. Ponad 20,5 tys. zostało deportowanych lub przymusowo przemieszczonych – wynika z danych przywoływanych przez Unię Europejską. W tym roku Niezależna Międzynarodowa Komisja Śledcza ONZ ds. Ukrainy uznała deportacje i przymusowe transfery dzieci przez rosyjskie władze oraz ich wymuszone zaginięcia za zbrodnie przeciwko ludzkości. 28 września Rada UE objęła sankcjami kolejne osoby i podmioty odpowiedzialne za deportacje ukraińskich dzieci i ich przymusową asymilację.

– Tego lata każdego dnia w ukraińskie miasta uderzały kolejne pociski. W Krzywym Rogu w środku dnia rosyjskie drony uderzyły w zatłoczoną galerię handlową. A potem uderzyły po raz kolejny – ich zamierzonym celem byli ratownicy, którzy pośpieszyli z pomocą. To nie jest po prostu wojna. To jest celowa strategia terroru – podkreśliła podczas orędzia o stanie Unii (SOTEU), wygłoszonym we wrześniu w Parlamencie Europejskim, Ursula von der Leyen, przewodnicząca Komisji Europejskiej.

Według danych Misji ONZ ds. Monitorowania Praw Człowieka w Ukrainie (HRMMU) od stycznia do sierpnia 2026 roku w Ukrainie zginęło co najmniej 2222 cywilów, a 13 058 zostało rannych. Łączna liczba ofiar była o 55 proc. wyższa niż w tym samym okresie ubiegłego roku i już po ośmiu miesiącach przekroczyła bilans całego 2025 roku. We wrześniu liczba ofiar nadal rosła – do 24 września ONZ odnotowała co najmniej 200 zabitych i 1234 rannych cywilów.

– Putin pochodzi ze służb komunistycznych i stosuje starą ruską metodę uderzania w ludność cywilną, w najsłabsze osoby. Powinniśmy ten temat podnosić, ujawniać, mówić o tym jak najgłośniej – podkreśla Krzysztof Brejza, poseł do Parlamentu Europejskiego z Koalicji Obywatelskiej.

Wśród ofiar są tysiące dzieci. Jak podawał w sierpniu br. UNICEF, od lutego 2022 roku ONZ zweryfikowała 3946 przypadków dzieci zabitych lub rannych w Ukrainie, przy czym rzeczywista liczba może być wyższa. W lipcu br. zginęło 17 dzieci, a 166 zostało rannych. Jak podaje UNICEF, był to pod tym względem najgorszy miesiąc od kwietnia 2022 roku.

Jednym z dzieci rannych w rosyjskich atakach jest 10-letnia Oleksandra Paskal. Miała sześć lat, kiedy rosyjski pocisk trafił w jej dom. Dziewczynkę wydobyto spod gruzów. Przez dwa tygodnie była w śpiączce, a w wyniku odniesionych obrażeń straciła lewą nogę.

– Sasza się nie poddała. Zaledwie siedem miesięcy po ataku wróciła do sali gimnastycznej – dzięki protezie. Trenowała więcej niż wcześniej i zaczęła zdobywać złote medale – podkreśliła na sesji plenarnej PE Ursula von der Leyen. – Latem tego roku podróżowała po całym świecie w ramach tournée „Taniec wolności” [ang. „Dance of Freedom”]. Pragnie pokazać całemu światu, jak Ukraińcy stawiają opór w walce o wolność.

W ramach „Tańca wolności” Oleksandra występowała m.in. w Paryżu, Nowym Jorku, Rio de Janeiro i Tokio.

– Mimo że nie mam nogi, chcę iść naprzód. Zawsze uprawiałam gimnastykę artystyczną, zarówno przed wojną, jak i po wojnie będę ją uprawiać. Oczywiście z nogą byłoby łatwiej. Mam nadzieję, że bez niej też będzie mi łatwo. Być może nie będę w stanie wykonać niektórych ruchów, ale będę się starać – mówi Oleksandra Paskal.

– Pokazanie historii tej dziewczynki było bardzo ważne. Uważam, że na wszystkich nas spoczywa obowiązek informowania ludzi o tym, co się tam dzieje – podkreśla Krzysztof Brejza.

Według Rady UE od początku pełnoskalowej wojny ponad 20,5 tys. ukraińskich dzieci zostało deportowanych lub przymusowo przemieszczonych do Rosji lub na okupowane terytoria. Działaniom tym towarzyszy przymusowa asymilacja, w tym indoktrynacja i edukacja o charakterze zmilitaryzowanym.

W marcu br. Niezależna Międzynarodowa Komisja Śledcza ONZ ds. Ukrainy uznała deportacje i przymusowe transfery dzieci dokonywane przez rosyjskie władze oraz ich wymuszone zaginięcia za zbrodnie przeciwko ludzkości. Komisja poinformowała wtedy, że zweryfikowała deportację lub przymusowy transfer 1205 dzieci z pięciu regionów Ukrainy do Rosji lub na inne okupowane obszary Ukrainy. Około 80 proc. dzieci objętych tymi udokumentowanymi przypadkami nie wróciło do domów.

– Jako Parlament Europejski kolejny raz wezwaliśmy Rosję do zwrotu uprowadzonych dzieci z Ukrainy. Trzeba nazywać Rosję takim państwem, jakim jest – państwem terrorystycznym – ocenia europoseł. – Musimy zmienić nasze postrzeganie Rosji. Jej nie chodzi, żeby narzucić jakiś światopogląd, ale żeby zniszczyć naszą cywilizację, zniszczyć świat, w jakim funkcjonujemy. To państwo destrukcji, niestety często uderzające też w najsłabszych – dzieci, kobiety, starszych ludzi.

28 września Rada UE nałożyła sankcje na kolejne 10 osób i 17 podmiotów odpowiedzialnych za tego typu działania. Na liście znalazły się m.in. Komisja Turystyki Miasta Moskwy, obozy dla dzieci i ośrodki sportowe w Rosji oraz na okupowanych terytoriach Ukrainy, wykorzystywane do działań związanych z indoktrynacją, edukacją propagandową i integracją dzieci z rosyjską tożsamością. Sankcjami objęto również prezydenta Tatarstanu Rustama Minnichanowa za ułatwianie nielegalnej deportacji ukraińskich dzieci do obozów znajdujących się w jego regionie oraz państwowy obóz dziecięcy Songdowon w Korei Północnej, który według Rady UE uczestniczył w programach wywożenia ukraińskich dzieci z okupowanych terenów.

Źródło: http://biznes.newseria.pl/news/tysiace-ukraiskich,p1776918376

Miliardowe wyceny i polskie korzenie. Nowe pokolenie założycieli firm bez kompleksów podbija świat

0

Z danych OECD wynika, że polska gospodarka podwoiła swoje rozmiary w ciągu ostatnich dwóch dekad. W latach 2005–2021 realny PKB w przeliczeniu na mieszkańca wzrósł o 3,9 proc., szybciej niż w sąsiednich krajach Europy Środkowej i Wschodniej oraz dwukrotnie powyżej średniej OECD. Młodzi przedsiębiorcy przyczyniają się do promocji kraju za granicą, ale eksperci podkreślają, że Polacy wciąż zmagają się z kompleksami.

– Polskie pochodzenie jest zdecydowaną przewagą. My jako naród, co widzimy przez ostatnie 30 lat, potrafimy wyciągnąć się z głębokiego, ciemnego miejsca. Mamy zmysł do kombinowania, nie ma, że się nie da. Mam w firmie pana złotą rączkę, który mówi: panie Adamie, ludzie latają w kosmos, wszystko się da. I to jest taki mindset, który jesteśmy w stanie przenieść od góry do dołu. Oczywiście mamy też świetne uczelnie techniczne, ale też podejście, że zagryzamy zęby i idziemy do przodu – mówi agencji Newseria Adam Wiśniewski, współzałożyciel i dyrektor techniczny AI Clearing, podczas PARP Future Camp 2026.

W 2025 roku eksport wysokich technologii (high-tech) z Polski wzrósł 14. rok z rzędu, osiągając rekordową wartość 41 mld euro. Tym samym był o 8,9 proc. większy niż rok wcześniej – wynika z danych Eurostatu, na które powołują się analitycy Polskiego Funduszu Rozwoju (PFR) w raporcie „Innowacyjność Polski – marzec 2026”. Polska była w ubiegłym roku ósmym największym eksporterem high-tech w UE pod względem wartości. Za zdecydowaną większość eksportu odpowiadały cztery kategorie: elektronika – komunikacja, komputery i maszyny biurowe, lotnictwo i aparatura badawczo-rozwojowa.

Z kolei Polski Instytut Ekonomiczny za Comextem podaje, że komputery i serwery stały się drugą pozycją eksportową (po częściach samochodowych). Jeszcze w 2024 roku były na siódmej pozycji. Ta kategoria jest też głównym motorem wzrostu wartości polskiego eksportu. Sprzedaż zagraniczna komputerów i serwerów w I półroczu 2026 roku wzrosła o 53 proc. r/r, do poziomu 6,1 mld euro.

– Polska ma być z czego dumna. Posiadamy wielu twórców, którymi możemy się szczycić. Mamy też dziedzictwo kulturowe, które warte jest publikowania zarówno w kraju, jak i poza nim. Polska posiada kulturę, kuchnię, historię, którą powinna promować. To powinno być podstawą naszej twarzy za granicą. Ilekroć pokazujemy się jako przedsiębiorcy, obywatele, studenci, powinniśmy być pewni, że pokazujemy to, co jest dla nas najlepsze – podkreśla Maciej Nadzikiewicz, członek Rady Powierniczej Wikimedia Foundation.

Rozwojowi innowacyjnych firm, ich ekspansji zagranicznej i promowaniu polskich rozwiązań za granicą ma służyć także publiczne wsparcie. Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości prowadzi programy skierowane do start-upów o potencjale międzynarodowym. Programy te obejmują m.in. akcelerację, rozwój kompetencji biznesowych i przygotowanie do wejścia na zagraniczne rynki. Jednym z przykładów jest Startup Booster Poland – Startups Exchange w ramach Funduszy Europejskich dla Nowoczesnej Gospodarki (FENG), w którym we wrześniu PARP uruchomił nabór wniosków. Maksymalna wartość wsparcia wynosi 100 tys. zł, a start-upy mogą korzystać z akceleracji m.in. w USA, Niemczech i Szwecji.

PARP wspiera młodych innowatorów planujących ekspansję zagraniczną także poprzez takie programy jak „Startups Are Us” czy „Promocja marki innowacyjnych MŚP” finansowanych z FENG. Wsparcie ma umożliwiać rozwijanie działalności eksportowej mikro-, małych i średnich firm oraz budowanie relacji biznesowych i pozyskiwanie nowych partnerów handlowych. Kolejny nabór planowany jest na listopad 2026 roku. 

Polacy w badaniu CBOS zapytani o to, z czego mogą być dumni, w pierwszej kolejności wskazywali na historię Polski (24,3 proc.). Na drugim miejscu znalazła się zdolność Polaków do łączenia się i wspólnego działania w czasie kryzysu (10,6 proc.), a na trzecim obecna polityczna i gospodarcza pozycja Polski, a także sukcesy ostatnich trzydziestu paru lat, które ją do niej doprowadziły (10 proc.).

– Najlepszym przykładem jest młode pokolenie polskich przedsiębiorców, w tym Mati Staniszewski, który swoją firmę „sprowadził” do Polski na Homecoming w Warszawie, żeby pokazać całemu światu i swoim inwestorom, jak wygląda Polska – uważa członek Rady Powierniczej Wikimedia Foundation.

Mati Staniszewski to współzałożyciel i dyrektor generalny ElevenLabs, platformy sztucznej inteligencji do generowania i klonowania głosu oraz dubbingu. Firma założona w 2022 roku jest wyceniana na ok. 11 mld dol., a jej modele obsługują ponad 70 języków. Z perspektywy biznesowej jest to start-up brytyjsko-amerykański o polskich korzeniach. W czerwcu br. w Warszawie odbył się ElevenLabs Summit, na którym twórcy innowacji zaproponowali swoje nowe rozwiązania. Wydarzenie zgromadziło ok. 2,5 tys. osób z Polski i Europy. Uczestniczył w nim również prezydent Karol Nawrocki.

– Mamy wielu młodych polskich przedsiębiorców, którzy są dumni z tego, że są Polakami. Wykorzystują swoje platformy i majątki do tego, żeby promować Polskę za granicą. Wystarczy pokazywać to, z czego jesteśmy dumni, a nie to, czego się wstydzimy – podkreśla Maciej Nadzikiewicz.

– W Polsce jesteśmy jednak nauczeni wstydu. Wstydzimy się, staramy się być grzeczni, nikogo nie urazić, nie podchodzić, nie zagadać albo zagadać raz, a nie pięć czy 10razy. A powinniśmy się odrzeć z tego wstydu i to jest najtrudniejsze – uważa Adam Wiśniewski.

Z badania Polskiej Organizacji Turystycznej „Obcokrajowcy o Polsce 2025” wynika, że w opinii obcokrajowców Polska to kraj wart poznania, o bogatym dziedzictwie i historii (96 proc.), pełen energii życiowej (83 proc.), nowoczesny (73 proc.), zdrowy i ekologiczny (67 proc.), a także podobny do krajów Europy Zachodniej (53 proc.).

– Nie powinniśmy się wstydzić, nie powinniśmy mieć kompleksów ani skupiać się na tym, jak zostaliśmy historycznie pokrzywdzeni. Powinniśmy się skupiać natomiast na tym, jaki sukces osiągnęliśmy w ciągu ostatnich lat, i robić wszystko, żeby go kontynuować – zaznacza członek Rady Powierniczej Wikimedia Foundation.


Materiał powstał podczas PARP Future Camp 2026, wydarzenia współfinansowanego w ramach programów Fundusze Europejskie dla Nowoczesnej Gospodarki (FENG), Fundusze Europejskie dla Polski Wschodniej (FEPW) oraz Fundusze Europejskie dla Rozwoju Społecznego (FERS).

xvcv

Źródło: http://biznes.newseria.pl/news/miliardowe-wyceny-i,p60227921